Przygotowania nie trwały w sumie długo. Nabyliśmy buty, spodnie, kurtkę oraz rękawiczki, natomiast kask Izula w spadku dostała po mnie. Jednak taka droga oszczędności nie była trafionym pomysłem. Potem okazało się że przy prędkości powyżej 160km/h z uwagi na to że jest trochę za duży jest po prostu niekomfortowy

.
Hondziula przygotowana w pełni do drogi, kuferki sztuk 3 zapięte, tankbag na miejscu i w drogę. Wyjazd 6.30 rano. Pierwszy etap niestety dla nas wszystkich warszawiaków podróżujących w południowe rejony Europy jest mało ciekawy. Katowicka, katowicka….i jeszcze raz katowicka, trochę deszczowo. W Cieszynie byliśmy około południa, kupiliśmy winietę na autostradę w Austrii - 10 dniowa za 25 PLN…. i przy okazji zjedliśmy żurek, który był trochę kwaśny ale za to z jajcem

.
Czechy - to 250 km do słynnego już Mikulova pod znakiem szybkiej jazdy. W Hotelu Zameczek byliśmy około godziny 16. Szybki prysznic i oczywiście czosnkowa polewka i duuuużo mięsiwa. Po uzupełnieniu sił postanowiliśmy zwiedzić Mikulov, który zawsze traktowany jest tranzytowo, a to błąd. Piękne miasteczko, z uroczym rynkiem, i zachwycającym zamkiem wkomponowanym w skałę. Naprawdę warto poświecić chociaż 30 minut i zobaczyć to na własne oczy a nie z przelotowej drogi E461. Nam się bardzo podobało.
Po śniadaniu około godziny 8 wyruszyliśmy do naszego miejsca docelowego – ZELL AM SEE. Przyjechaliśmy do wcześniej zarezerwowanego pensjonatu około godziny 16 (http://www.villa-klothilde.at/englisch/index.php), miejsce godne polecenia, miła obsługa i bardzo dobre śniadania. Pokoje czyste i schludne, codziennie sprzątane.
Po przyjeździe postanowiliśmy jeszcze pospacerować po mieście. Niestety trochę padało i nasz spacer skończył się w knajpie Crazy Daisy, dobra zupa tomato

.
Pierwszy dzień naszego zwiedzania rozpoczęliśmy od przejazdu drogą 311 do miejscowości Saalfelden i potem drogą 164 którą polecam (przez typowe alpejskie miasteczko Maria Alm), dojechaliśmy do Bischofshofen. Tam podjechaliśmy pod słynna skocznie i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Następnie drogą 159 pojechaliśmy w stronę twierdzy Werfen, która została zbudowana na 155 metrowej skale w XI wieku. Najpierw funkcjonowała jako więzienie potem przekształcona w twierdzę o obronną. Tak jak to bywa u Austriaków do zamku prowadzi kolejka, 14 Euro od kasku. Zamek fajny, ładnie utrzymany. Po zwiedzeniu twierdzy obraliśmy kierunek na Lodową Jaskinię (EISRIESENWELT). Bilet po 19 Euro od kasku. Cała jaskinia ma 42 km długości, lecz tylko niespełna kilometr jest pokryty lodem. Motocykl zostawiliśmy na specjalnym parkingu dla sprzętów, tam zawsze o nas pomyślą

. Najpierw krótki spacerek około 20 min pod górę do kolejki, potem przejażdżka kolejką i kolejny 30 minutowy spacer. Przed wejściem do jaskini autentycznie ze mnie parowało tak jak z konia który ciągnie wóz

, wynikało to z różnicy temperatur. Przy wejściu do jaskini było czuć potworne zimno ale potem temperatura oscylowała wokół 0 stopni, więc ciepłe ubiory motocyklowe się przydały. W środku fajne lodowe stalaktyty i stalagmity, lody w kształcie słonia i zamku

. Wycieczka trwa około godziny. Jaskinia ta została odkryta w 1870 roku przez austriackiego geologa. W zimę wejście do jaskini jest otwierane żeby była cyrkulacja zimnego powietrza a w miesiącach ciepłych jaskinia jest udostępniana turystom. Wracając zajechaliśmy na słynny Grossglockner gdzie przywitał nas mały grad. Temperatura 1 stopień i było naprawdę zimno. Wracając do Zell Am See po drodze spotkaliśmy kilka świstaków które pociesznie biegały po drodze. Droga ta ma już 65 lat.
Kolejna wycieczka to Rossfeldstrasse, Orle Gniazdo i Bad Reichenhall. Tak więc do alpejskiej drogi Rossfeldstrasse dojechaliśmy kolejno drogami: 311, 178, 21, 305 do miejscowości Berchtesgaden ( nie ma tam stacji benzynowej, trzeba jechać w stronę Konegsee - Aral). Po zatankowaniu ruszyliśmy na Rossfeldstrasse. Agrafki i zakręty rzadko udało mi się zapiąć 3 bieg. Na szczycie piękne widoki m.in. na Orle Gniazdo.
Do miejscowości Obersalzberg dojechaliśmy drogą 319 z której autobusem dostaliśmy się na Orle Gniazdo – reprezentacyjnej kwatery Adolfa Hitlera. Zamknięta dla turystów droga licząca 6,5 km (różnica poziomów 700 metrów) szerokości 4,5 metra została zbudowana w niespełna 13 miesięcy na przełomie 1937/1938 roku. Aby dostać się do kwatery należy pokonać wydrążony w skale tunel a następnie wjeżdża się windą na miejsce. Widoki jak zwykle niezapomniane, budynek i jego oryginalność robią wrażenie. Co ciekawe przewodnik ani razu nie wspomina kto tak na prawdę tam urzędował. Zamiast nazwisk Hitler i Braun mówi się dużo o dyplomatycznych spotkaniach na wysokim szczeblu. Mimo iż nie był to sezon ludzi sporo, co ciekawe w wieku 70/80 lat. Chyba jeszcze raz chcieli odwiedzić stare śmieci…..po zwiedzaniu zamówiliśmy sobie jedzenie i zjedliśmy je w kantynce gdzie słynny malarz z Austrii również biesiadował
Drogą 29 przedostaliśmy się do miejscowości Bad Reichenhall, która jest uważana za kurort. Ładne miasteczko z deptakiem i kolejka linową.
Postanowiliśmy również podążać śladami króla Ludwika II zafascynowanego francuską monarchią absolutną. Ruszyliśmy w stronę bajkowego zamku z kreskówek Disneya _ Neuschwanstein. Z Zell Am See droga 168 dojechaliśmy do miejscowości Mittersill skąd przepiękną alpejska drogą 165 (przejazd 4 Euro) mijając po drodze słynne wodospady Krimmler udaliśmy się drogą 169 w stronę Insbrucka. Kawałek autostrady, zjazd numer 113 i dalej drogami 189, 179 i 187 dotarliśmy na miejsce. Zamek naprawdę jak z bajki, obowiązkowy punkty alpejskich wojaży. Na przeciwko zamku znajduje się drugi Schwangau również piękny i zbudowany z rozmachem i fantazją. Następnie jadąc fajną drogą wzdłuż jeziora Plansee dojechaliśmy do rezydencji Ludwika II – Linderchof. Ogrody, przepych, figury pokryte złotem i to wszystko z podatków. Nie dziwie się, że znaleźli go w jeziorze. Do tej pory nie wiadomo czy został zamordowany, czy popełnił samobójstwo. Na jeziorze Chiemsee znajduje się jeszcze trzeci zamek Herrenchiemsee zbudowany na wzór Wersalu ale nie został ukończony po jego śmierci. Postać kolorowa, ekscentryk (związek z kuzynką Lili, wnoszenie fortepianu na szczyt góry). Jedno jest pewne to był najsłynniejszy pederasta wszechczasów, jego kochankiem był Ryszard Wagner.
Po dotarciu do Garmisch, przeszliśmy się deptakiem, oglądaliśmy piękne alpejskie domki z malowidłami na ścianach. Oczywiście podjechaliśmy też pod skocznię. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie jak może się odbywać zlot 30 tysięcy motocykli BMW w tak niewielkim mieście. Trzeba się kiedyś przejechać i to zobaczyć.
Wracając jechaliśmy wzdłuż szczytów górskich, droga 161, oprócz Chianti jedna z ładniejszych jaką jechałem.
W ramach odpoczynku dwa dni zostaliśmy na miejscu w Zell Am See. Objechaliśmy jezioro, wjechaliśmy kolejką linową na Schmittenhohe (http://www.schmitten.at) z którego rozciągała się panorama na Zell Am See i okoliczne szczyty. Zwiedziliśmy również miasteczko. Przez ostatnie cztery dni naszego pobytu miały miejsce w Zell Am See światowe dni Vespy. Niesamowite ile się tych małych pszczółek najechało. Widać, było, że ich właściciele to prawdziwi pasjonaci, wiele z tych małych skuterów było w najdalszych zakątkach globu. Oczywiście wieczorami ciężko było zasnąć bo impreza mimo małej pojemności skuterków była wysoce litrażowa. Na pewno warto odwiedzić to małe miasteczko.
Postanowiliśmy również pojechać do Włoch, które przywitały nas słońcem. W piątek umówiliśmy się z Dukim i Rafałem na obiad w Cortina d’Ampezzo. Z Zell Am See drogami 168, potem alpejską 108 (Felber Taueren Strasse, przejazd 8 Euro) i kolejno 100,49,51, Na miejscu byliśmy po godzinie 11. Krótki spacer po deptaku i restauracja. Dukli i Rafał dojechali około 12.30. Pogadaliśmy, wymieniliśmy się pomysłami gdzie i jak jechać, no i oczywiście zjedliśmy makaron. Umówiliśmy się na sobotę w Mikulovie w hotelu Zameczek. Chłopaki pojechali na Sella-gruppe a my na przełęcze. Drogami 48, 531 do miejscowości Comelico Superiore (w zeszłym roku nocowaliśmy tu z Grześkiem, Corabem, Romkiem i Laurą, było fajnie, miłe wspomnienia) oraz 52 kierowaliśmy się w stronę naszego pensjonatu.
Aby powrót nie był taki nudny postanowiłem Z Zell Am See do Mikulova pojechać ciekawą drogą: mianowicie nacjonalką do Bischofshofen potem kawałek autostrady i zjazdem numer 28 w stronę Bad Ischl. Drogą 162 dojechaliśmy do miejscowości Voglau skąd około 30 kilometrów przejechaliśmy górska dróżką o szerokości samochodu (opłata 4 Euro). Następnie drogą 158 do Bad Ischl i 153 w kierunku Altersee. Wzdłuż jeziora droga 152 dojechaliśmy do autostrady i do Mikulova. Rada dla podróżujących od strony Linzu – nie jechać na obwodnicę Wiednia bo się nadrabia ze 40km. Do centrum Wiednia i na Brno, dużo szybciej.
Dukli i Rafał dojechali do czeskiego Mikulova przed 22, tradycyjne piwko i czeskie korytko.
Rano śniadanie i wyruszyliśmy w 650 kilometrowy odcinek do Warszawy. Wyjechaliśmy o 8 a przed 15 byliśmy już na miejscu
Generalnie wyjazd super, pogoda dobra (w sumie na cały 10 dniowy wyjazd około 5 godzin w deszczu), 3617 km, przepalona jedna żarówka wymieniona w serwisie za 20 Euro, wydatki to około1600 Euro, generalnie wszystkie wejścia do zamków i atrakcji płatne.
Następna wyprawa to włoskie jeziora w Alpach.
I jeszcze pare słów od Izuli:
Ja ze swojej strony dodam że wyjazd był bardzo udany. Dostarczył mi wielu niezapomnianych i wspaniałych wrażeń. Jeśli chodzi o komfort jazdy na austriackich i niemieckich drogach to nie ma co porównywać do polskich. Kultura na drogach też bez komentarza. POPROSTU BAJKA
Co do naszych wycieczek były czasem bardzo kręte, strome i wyczerpujące ( przynajmniej na mnie-bo to była nowość-tyle kilometrów motocyklem!!!) .
Przyznam się, ze im więcej jeździmy tym bardziej mi się podoba

nawet deszcz i grad mi nie przeszkadza.. czego się nie robi, żeby zobaczyć świstaki, lodowiec no i oczywiście te przepiękne widoki.
Z niecierpliwością czekam na następny wyjazd.
p.s. moja Kondziawa bardzo dobrze zna trasy, ma super orientację w terenie .. ale czemu tak szybko chodzi…ciężko nadążyć
pozdrawiam .
Izula.









CDN fotek ....